Jak to się zaczęło? – Uwaga! Ojciec Sukcesu na rowerze!

No właśnie, jak to się wszystko zaczęło? Dlaczego rower? Dlaczego taki rower? Dlaczego teraz? Dlaczego nie?

Może być trochę długo. Ostatni raz… Chyba.

Moja przygoda z rowerem zaczęła się wiele lat temu… Nie pamiętam teraz ile to ja miałem lat ale pamiętam rower, na którym pierwszy raz w życiu pojechałem. Tak… Sam bez kijka z tyłu, który miał służyć do prowadzenia przez rodziców i bez dodatkowych kółek, które były straszną wiochą.

Zostało.

Co było dalej?

Pewnie jakiś opierdziel itp. Dla mnie najważniejsze było, że jechałem. SAM!

Później przyszedł ten wyczekiwany przez każdego dzieciaka czas. Wiesz. Prezenty, kasa, impreza czyli pierwsza komunia… Co najważniejsze? Rower w prezencie. Tak! Swój własny, piękny rower! Zapewne każdy z Was dostał rower (mówię tu o ludziach 30+, bo wtedy rower dostawało się na pierwszą komunię, a nie jak teraz, „miliony” złotych, „kłady” skutery i inne, byle droższe i lepsze od rówieśnika, dziecku wszystko jedno co to ale starzy muszą się dowartościować chyba, nie wiem, nie znam się).

Był to BMX. Był w świetnych kolorach, pastelowa czerwień. Miał super mega ochraniacze na kierownicy i ramie, żeby sobie nie poobijać czoła i jajek.

Oj, to było cacko…

Wiele ze mną przeszło. Ile razy miało spawaną ramę, to pamięta chyba tylko ociec kumpla, który w garażu miał spawarkę i co jakiś czas każdemu z osiedla spoił na nowo ramę. Skakaliśmy wszędzie, po wszystkim, w każdych warunkach. Kolana przez całe lato były jednymi wielkimi skupiskami blizn i strupów. Nic nas nie zniechęciło. Do czasu, aż jakiś… Nie ma co owijać w bawełnę, chuj mi go ukradł. Bezczelnie podbiegł, gdy graliśmy w piłkę, wsiadł i odjechał. Goniliśmy bydlaka. Ale to był szybki rower. No i starszy gość mający więcej pary w kopytach niż my.

Smutek, żal, płacz. To była katastrofa. Teraz przypominając sobie co ten rower przetrwał i ile razy był spawany, to się trochę śmieję. Koleś nie wiedział co ukradł. Może nawet po drodze mu ta rama pękła i obił sobie ryj.

Karma!

Następny w kolejce był już rower górski.

Mega. Prawdziwy rower górski! To był dopiero lans na dzielni. Na góralu, kiedy większość nadal na BMX’ach jeździło. 16 przerzutek! Odstawiałem wszystkich na ścieżkach. Każda górka moja. Nie było już podprowadzania. Oczywiście z czasem każdy z pozostałych dostał górala i sytuacja się wyrównała. Nie zmieniło to jednego. Każdy dzień był spędzony na rowerze. Wychowałem się na Mazowszu, więc tych górek nie było za wiele. W laskach w okolicy robiliśmy sobie tory, w sensie takie wyścigowe. Zegarki (z komunii) były wyposażone w stopery więc były wyścigi.

Te nasze wyścigi, to była tragedia dla kieszonkowych (i rodziców). Przynajmniej raz w tygodniu wizyta w serwisie rowerowym. A to obręcz wgięta tak, że potrzebna nowa, a to oś pękła, a to korba (na kwadrat, innych opcji nie było, przynajmniej w cenie osiągalnej dla nas i rodziców) się zjechała i z kwadratu robił się okrąg i wiele innych „drobnostek”.
To były piękne czasy, lataliśmy po okolicznych sadach zrywając owoce, żeby zarobić jakiś grosz. Później, gdy już starszy był człowiek, to jakieś budowy, które pozwalały zarobić więcej. Wszystko szło na rower, bo jak inaczej. I to nic, że nikt z nas nie miał większego pojęcia o rowerze, sprzęcie itp. Rower, to rower.

Dotrwałeś do tego miejsca? Ekstra! Już kończę.

Razem z liceum skończył się pewien okres. Czas studiów, przeprowadzka do wielkiego miasta. Rower z oczywistych względów musiał zostać w domu. Skończyło się i to na wiele lat. Później było kilka epizodów rowerowych ale to już nie było to samo.

Po tych wielu latach fascynacji m.in samochodami, fotografiami, itp. Żarówka zaświeciła ponownie. Ta rowerowa. Człowiek zielony, nie śledził kompletnie co się dzieje na tym rynku. Przyzwyczajony, że rower, to rower i dzieli się na szosowy, górski i miejski. Mogą być też ze stali, aluminium i karbonowe, a no i oczywiście marka Shimano musi być.

Coś więcej? A po co!
Uparłem się, że chcę rower. Nie chciałem na niego za dużo wydać, bo jak to, rower za kilka tysięcy? Przecież mój samochód jest tyle wart. Bez jaj. Nie potrzeba mi czegoś takiego. Byłem totalnie zielony w tym temacie. Laik, że aż mi teraz wstyd.

Kupiłem rower.

Super wygląd, cena nie przekraczająca tysiaka! Można? Pewnie, wystarczy tylko poszukać na popularnym serwisie z ogłoszeniami i kupić.
Sam po niego pojechałem. Czekał na mnie. Złożony, czarny mat z kolorowymi naklejkami. Amortyzator (wtedy myślałem, że wszystko co się ugina, to amortyzator)!
Super rower – bylem przekonany.

Mając zerowe pojęcie kupiłem ten tani szajs.

Wszystko w nim było najtańsze, najbardziej badziewne z badziewnych części. Przekonałem się o tym jak zacząłem się tym tematem mocniej interesować i niestety już w niego zainwestowałem wymieniając części na lepsze. Tylko co z tego, skoro obawiałem się czy rama wytrzyma? Rower sprzedałem. Jakoś się udało. Żeby nie było, to nie była totalna padlina, przejazd słynną łopatą w Lesie Wolskim przetrwał i mało tego… Nic mu się nie stało. Rower wyglądał tak (celowo zamazałem nazwę, żeby nie było, że kogoś oczerniam):

 

Na zdjęciu rower jest już po zmianach, nowy widelec, będący bardziej amortyzatorem niż to co było wcześniej, porządne korby i hamulce hydrauliczne. (Tak, siodło w kosmos :D).

Finalnie wyglądał tak:

No. Więcej słów nie trzeba, choć na końcu wyglądał o niebo lepiej niż na początku.

Przyszedł ten czas, że go sprzedałem, już więcej wiedziałem, już wiedziałem czego chciałem. No i kupiłem nowy rower. Hornet. Od Dartmoora. Starszy rocznik, 2012.

W dniu zakupu prezentował się tak:

Tak. To był rower, w który można inwestować, który można rozbudować, który miał pancerną ramę. Mam go do dziś. Teraz wygląda zupełnie inaczej. Inny amortyzator, inne opony, inny mostek, korby, kaseta, przerzutka, hamulce, sztyca i kilka innych szczegółów. Więcej o rowerze, na którym jeżdżę obecnie, buduję formę, pokonuję trasy w Lesie Wolskim na codzień, czasem bielskie Enduro Trials (Twister, i te sprawy), szlifuję technikę itd. będzie wkrótce. Na ten moment wrzucam tylko poglądowe zdjęcie obecnego stanu:

Dodaj komentarz