Sąsiad + rower= kradzież

Jakiś czas temu można powiedzieć, że wychwalałam skromne progi, w jakich udało nam się zamieszkać. Minusem i to jedynym była lokalizacja i chodzi tutaj jedynie o odległość od komunikacji miejskiej. Niby 1 (słownie: jeden) kilometr to niewiele, ale jak się człowiek spieszy to tramwaje na złość uciekają.

I tak sobie przez ponad rok wynajmujemy to samo mieszkanie w tym samym oddalonym o ten kilometr bloku.

Pojawił się samochód to i człowiek tak nie narzekał na te tramwaje, to znów ekscesy z sąsiadami, którzy nie potrafią parkować, wystawiają śmieci i buty na klatkę czy wzywają po nocy policję, która przyjeżdża i sama nie wie, kogo szuka, by na koniec wezwać straż pożarną do niepalącego się podziemnego garażu i ogłosić… Dokładnie w tym momencie pojawiają się jaja.

Generalnie my ludzie młodzi jesteśmy i do głupoty, i innych wad wrodzonych jesteśmy przyzwyczajeni. Takie czasy, ale…

Jakiś czas był problem z rowerami w naszym bloku. Problem nie do rozwiązania. Każdy z  nas ma spory balkon, który w większości przypadków służy tylko do tego żeby zbierać kurz, wodę, jako miejsce wymiany powietrza i dodatkowo, jako element doposażenia do okna, i chyba chwalenia. Tak czy siak stoją puste. Nikt jednak  nie wpadł na to żeby sobie ten rower zamiast ustawiać w przejściu na klatce czy wkładać przysłowiowo w dupsko to zwyczajnie postawić na tym balkonie.

Proste rozwiązania są najlepsze, ale najtrudniejsze, ponieważ dopiero w momencie, kiedy jednemu z naszych uroczych sąsiadów skradziono, (olaboga) dwa rowery z dwóch posiadanych to problem się rozwiązał.

3/4 rowerów zniknęła. Nie ma problemów z przejściem. Cuda i dziwy. Mimo tej radości z większej przestrzeni to znowu pojawia się „ale”.

Temu poczciwemu człowiekowi, który w pocie czoła pracował, aby sobie i swojej żonie/konkubinie kupić po rowerze, żeby mogli zażyć raz na czas trochę ruchu za około 3.000 Polskich złotych, to pech chciał, że zażył jak wnosił i zapinał na tej trefnej klatce. Ukradli i jemu został rachunek na pamiątkę. Chłop dostał szału i kartki porozwieszał na drzwiach wejściowych i na pobliskim spożywczej sieciówce, że złodzieje się czają na każdym rogu, żeby obserwować chuliganów, klatkę zamykać, uważać, kto się obcy kręci w pobliżu.

Taka Ameryka, ale na policję nie zgłosił.

Ukradli to ukradli na cholerę drążyć temat.

Po co nam ten monitoring? Po co to wszystko, skoro łatwiej napisać durną kartę i powiesić.

Efektem tego jest to, że zamykają nam blok o równej 22. Chcesz wejść? Noś klucz. Inaczej, jeśli wychodzisz w świat, a Twoja druga połówka zostaje w domu i niechcący pech chciał, że zaśnie, a Ty biedaku sklerotyku poszedłeś bez klucza to śpij na łonie natury. Integruj się z deszczem, błotem i chodnikiem.

 

Reasumując jak rozpoznać złodzieja, który się czai za krzakiem, kiedy nie znamy twarzy wszystkich sąsiadów i nie wiadomo czy to złodziej, czy swój. Chyba trzeba będzie zbudować recepcję. Postawimy tam miłą starszą panią, która po 22 zamknie drzwi, a Ty całuj klamkę. Będzie kontrola dowodów, itd.

 

Mamy XI wiek, a idiotów coraz więcej, dzięki którym człowiek ma chęć rzucić wszystko i jechać w Bieszczady.

 

 

Link do zdjęcia: http://www.flickr.com/photos/galt-museum/4455580300/

Dodaj komentarz