Samodzielność nie jedno ma imię

Ostatnio w pracy miałam taką sytuację. Przyszedł człowiek, który twierdził, że on nie może nigdzie wyjechać, ponieważ zawsze w domu musi być ktoś, kto zajmie i odpowiednio zaopiekuje dziećmi. Po zapytaniu ile te dzieci mają lat, okazało się, że mają 8 i 11 lat.

Teraz czas na małe wspomnienia

Ja kiedy miałam te 6 czy 7 lat, to spacerowałam sama po naszym osiedlu w Bielsku z kluczem zawieszonym na szyi. Co więcej bawiłam się z innymi dzieciakami, które miały podobnie. Nikt nie patrzył na to że jesteśmy małymi dziećmi i nie można nas zostawić samych bez opieki.

Osiedle

To było takie osiedle, że każdy się tam znał. Mnóstwo dzieciaków w podobnym wieku. Każdy się sobą na wzajem opiekował, a dodatkowo rodzice z okien czasami rzucali okiem, gdzie jesteśmy i co robimy. Była odpowiedzialność zbiorowa.

Jak zakończyła się opowieść z mojego tytułu?

Zaśmiałam się i opowiedziałam w pigułce moje dzieciństwo i że 8 lat, to już kawał człowieka i że spokojnie może gdzieś zostać sam lub pod opieką innej dorosłej osoby. Poza tym ja z siostrą jeździłyśmy całe dzieciństwo na 2 miesiące na wieś do dziadków i to oni się nami opiekowali. Uczyli jak się zbiera jajka, jak wygląda świnia, jak się doi krowę i wyprowadza na pole, jak się kopie ziemniaki, kiedy są żniwa i jak to wszystko wygląda.

Wiesz nie każda kobieta, która mieszka w bloku jest księżniczką. Podobnie z tym, że kobieta która mieszka na wsi nie może być damą.

Najwidoczniej komentarz mój i jednego z panów, który siedział nieopodal spowodował że temu tacie zrobiło się bardzo głupio. Stwierdził że skoro tak, to może faktycznie sobie wyjedzie- niekoniecznie z dzieciakami, bo te może się uda zostawić na ten dzień czy dwa jakiejś opiekunce, sąsiadce, rodzinie czy innej zaprzyjaźnionej osobie.

W takiej sytuacji rodzi mi się takie pytanie: Jeśli dziecko, które ma 11 lat uważane jest za „małe” i takie którego nie można zostawić  bez opieki, to jak traktować dziecko, które odprowadza się do przedszkola i Się je tam ubiera, rozbiera, a ono stoi jak manekin. Podnosi się mu rękę, nogę, kładzie, stawia, itd.

I to dziecko jest wtedy w sumie bardziej jak pacynka, co się robi z takim 11 letnim dzieckiem?

Też się go odprowadza do szkoły? Idzie się z nim do szatni i zdejmuje się mu kurtkę i odwiesza na wieszaku, zdejmuje buty, które wymienia na kapcie? Rękawiczki i szaliczek jak ma to ma, niesie mu się plecak czy tam tornister z domu do szatni, a z szatni do klasy? Czy to może działa tak, że mówi się mu „Tu masz szkołę, wiesz jak trafić i jak wrócić do domu, idź”.

Ja tak miałam

Rodzice zaprowadzili mnie raz do przedszkola, bo było dwa bloki obok, a oni byli w pracy. Raz zaprowadzili mnie też do podstawówki i raz na jakiś festyn, bo każdy z nas miał zrobić coś własnoręcznie i zanieść, a potem się kupowało te pierdółki za cegiełki, które szły na jakiś tam szczytny cel. Tam kupiłam zielone coś, co dałam potem babci i to wisi u niej w tym samym miejscu- po dziś dzień.

Tu i tu chodziłam sama, bo miałam blisko. Tzn. Do podstawówki i gimnazjum już nie było aż tak super blisko ale daleko też nie było. Zagrożenie i tak zawsze istnieje. Wiadomo. Dziecko to dziecko.

Zatem jeśli ja za czasów mojej młodości, gdzie to było te 20 lat temu, jakkolwiek to brzmi, jeśli ja mogłam chodzić sama jak i cała reszta osiedla i nie działa nam się żadna krzywda, to dlaczego dzieci teraz… Zwłaszcza że mówi się że dzieci teraz są jakieś takie mądrzejsze i bardziej ogarnięte, zaradne i takie super, super, to dlaczego one nie mogą się same rozebrać? Z kurtki? Dlaczego nie mogą się same ubrać? Dlaczego rodzice twierdzą, że są tak strasznie zabiegani i mają tyle na głowie, a nie potrafią dopingować dziecka w tym całym zabieganiu do tego żeby robiło pewne rzeczy samodzielnie.

Zamiast stać nad dzieckiem i mówić „Ale jesteś sierotą i jest mi ciebie tak bardzo szkoda, więc daj rozbiorę cię”, powinna powiedzieć „Gienek dasz radę, jesteś super dużym chłopakiem, dasz sobie radę, zobaczysz”.

Czemu to tak nie wygląda?

Dlaczego rodzice tracą więcej czasu na wyręczanie swoich dzieci niż na dopingowanie ich i kierowanie na dobrą drogę? Co z tego że dziecko będzie mądre i będzie potrafiło samodzielnie włożyć klocek w odpowiednie miejsce w pudełku i zgrabnie dodawać 2 do 2, nie wychodzić za linie w kolorowance i równo przyklejać naklejki w zeszycie z zadaniami, jeśli nie będzie potrafiło samo ściągnąć kurtki?

Rozumiem że pewne rzeczy są tak samo potrzebne. Rozumiem że ładne pisanie i wypowiadanie się w odpowiedni sposób jest w życiu potrzebne, ale myślę że ogarnięcie siebie jako osoby również. Przecież jak taka osoba dorośnie, to nie będzie szła do pracy i czekała aż pracodawca przyjdzie (bo to wiadomo że to musi być ktoś o poziom wyżej jak rodzic i dziecko) i będzie mu ściągał buty i nakładał kapcie? No chyba nie! Matka wiecznie żyć nie będzie, a i ojciec na pewno ma ciekawsze rzeczy na głowie niż chodzenie za dzieckiem i pytaniem czy jest ok.

Wyobraź to sobie, człowiek pracuje w korporacji i mamusia go przyprowadza, zdejmuje kurteczkę, mówi żeby był grzeczny, stawia drugie śniadanie i informuje żeby nie jadł tego świństwa ze stołówki, bo ona przyjdzie niebawem i przyniesie mu obiadek, ciepły i domowy.

Może czas najwyższy od najmłodszych lat uczyć ludzi że są na właściwym miejscu, że mogą być nie tylko mądrzy i odpowiedzialni ale też zaradni. Bo im dalej w las tym jest później gorzej stanąć przed lustrem i powiedzieć o sobie samym, że to jest właściwa i odpowiednia droga, a poza tym to się jest dobrym i wartościowym człowiekiem.

Czy nie łatwiej jest budować to wszystko od dziecka?

Może i łatwiej jest pomijać pewne rzeczy, poklepywać swoje dziecko po głowie, mówić „ojej jakie ty jesteś biedne” i użalać się nad nim zamiast się skoncentrować i sprawić by nikt nigdy o nim nie powiedział w taki sposób.

Jeżeli matka z ojcem traktują swoje dziecko w taki sposób i ciągle mu powtarzają że jest ograniczone, chore, mdłe czy słabe to ono w końcu samo zacznie siebie ograniczać. Poza tym jak ktoś inny będzie mógł wtedy postrzegać takie dziecko w inny sposób jeśli ono będzie miało wpojone od postaw, że się do niczego nie nadaje?

Tak się często słyszy, jak to mężczyźni znęcają się nad kobietami wmawiając im że bez nich sobie nie poradzą, że są nieudacznikami, miernotami i szybciej wrócą niż odeszły. Sama to słyszałam. Bolało jak diabli. Bolało bardziej niż te wszystkie szczepionki, które dostawałam w swoim życiu i te niedziałające jeszcze znieczulenia.

Dorosły człowiek nie lubi takiego użalania i poniżania, a co dopiero dziecko, które nie rozumie i dorasta w przekonaniu, że ta bańka w której życie jest dobra, odpowiednia, a wręcz skrojona na miarę.

Nikt z nas nie jest słaby, z prostej zasady czy założenia

Nikt z nas nie chce być słaby, każdy z nas chce być dobry czy nawet lepszy od drugiej osoby. Stąd się bierze wspinanie po szczeblach kariery zawodowej. Nikt nie lubi stać w jednym miejscu, chociaż zdarzają się takie przypadki, a ci ludzie zawsze ale to zawsze odpowiadają, że nie mają możliwości by żyć inaczej, a kiedy ich zapytasz co zrobili by coś zmienić, to milczą. Bo im dobrze mimo wszystko i brną w swoje życie takim jakie jest dalej, bez zastanowienia i analizy, co będzie dalej.

Wydaje mi się również że w obecnych czasach, gdzie powstaje coraz więcej blogów parentingowych, gdzie opisuje się głównie w jakie pampersy wsadzić dupsko swojego dziecka żeby było fajnie i żeby matka nie musiała tego dupska za często myć i przebierać, bo dziecko nie poczuje swoich wydzielin, a co za tym idzie nie będzie tego sygnalizowało. Ważniejszy wydaje mi się rozwój emocjonalny i to żeby to dziecko czuło się dobrze i pewnie.

Najważniejsze by uczyć dziecko samodzielności

Nikt z nas nie jest nieśmiertelny. Człowiek musi sobie radzić w przypadkach kiedy zostaje sam i ma jakieś zadanie do wykonania.

Pamiętam że jak byłam mała, to miałam taką koleżankę z bardzo zobowiązującym nazwiskiem na S i zrobiła, to co zrobiła. Zdarzyło się to w przedszkolu, gdy siedzieliśmy w kółku i pani wychowawczyni czytała nam książkę, którą ja przyniosłam. Tytułu nie pamiętam ale miała niebieską okładkę, więc zakładam żeby był to albo Król Lew albo Syrenka Arielka, bo były to dwie bajki, które oglądałam co dzień.

Sytuacja prosta. Siedzimy w tym kółku i jest ta pani nauczycielka, oczywiście wszyscy wdzięczni i szczęśliwi, dzieci się cieszą, skaczą z radości, itd. i nagle się okazuje że panna koleżanka ta z zobowiązującym nazwiskiem nie wytrzymała do toalety, no i poszło.

Wiele osób o tym zapomniało, wiele pamięta o tym do dziś

I właściwie plus tej całej sytuacji był taki że dziewczyna została wychowana w taki sposób, że ją to nie obchodziło co myśleli inni i to jest bardzo ważna sprawa. Rozumiem że sama sobie trochę teraz zaprzeczam, mówiąc żeby nas nie obchodziło to co mówią inni, a jednocześnie ja się wtrącam i chcę w jakiś sposób narzucić swoje zdanie, swój światopogląd możliwe że ograniczony w jakiś tam sposób. W końcu nie jestem blogerem parentingowym i pewnie nie będę.

Wydaje mi się że w pewnych kwestiach może nie musimy akceptować czy respektować zdania innych ale można brać pewne rzeczy za wzorzec. Jeśli my będąc teraz rodzicami mogliśmy zostawać sami w wieku 7 lat i bawić się bez rodziców, którzy by ćwierkotali nam nad głowami „O tak, dobrze, a tak źle”, to może warto to powielić? Jeśli moje dziecko potrafi się samo ubrać i rozebrać, a jest w tym samym wieku co twoje, to może warto coś zmienić? Będziesz mieć dzięki temu więcej czasu, nauczysz tym swoje dziecko więcej niż ci się wydaje, a z czasem ono będzie chciało robić jeszcze więcej.

Jeśli na każdym kroku będziesz dopingować swoje dziecko do tego, że jest w stanie coś zrobić, to ono w to uwierzy i będzie w to brnąć. W dodatku będzie zadowolone z siebie i z ciebie. Jeśli nie, to ono się może w końcu zorientować że było tylko twoją małą marionetką na twoim palcu.

Chyba że taki jest twój świadomy wybór.

Tylko pamiętaj, czasami warto przekraczać swoją granicę komfortu.

Dodaj komentarz