Poszukiwania trwają

W związku z tym, że poszukuję pracy – zdalnej pracy. Jestem skromna, nie szukam za granicą, wyłącznie w kraju. Przeglądam różne portale z ogłoszeniami. Zupełnie przypadkowo udało mi się znaleźć przyjazną i intuicyjną stronkę oferującą głównie pracę dorywczą, a co więcej zdalną. Radowało się me serce. 

 

Na krótko.

Wszystko wyglądało fajnie, a jako rodowita polka szukam dziury w całym. Nie, dlatego że tak trzeba, a dlatego że wypada. Nie znalazłam, więc dobrze.

Aby móc rozpocząć współpracę niezbędnym było wypełnienie ankiety, od której zależało tą pracę czy nie. Wzorowo uzupełniłam wszystkie niezbędne pola. Stałam się dumną z siebie wielbicielką przedmiotów ścisłych, do momentu aż pojawił mi się komunikat „wejdź na stronę xxx i zarejestruj swoją domenę”.

Jak ta głupia krowa wchodzę. Patrzę płatne 30 polskich złotych plus (dzięki Tuskowi powiększony) VAT.

Reasumując bezpowrotnie straciłam 20 minut na wypełnianiu pól dotyczących bezokoliczników, stopniując przymiotniki, wczuwając się w rolę administratora, który obojętnie informuje użytkownika o usunięciu jego konta, wpisywałam synonimy do słów,itd. I to wszystko po to, by na sam koniec dostać pstryczka w nos.

Żeby łatwiej można się było wczuć w rolę bezrobotnego (mnie) dodam, że okres wakacyjny zdecydowanie nie sprzyja poszukiwaniu pracy.

Czytanie ogłoszeń gdzie, co drugie dotyczy osób niepełnosprawnych (jakkolwiek), co trzecie bezpłatnego stażu lub praktyk, a pozostałe to treści dla studentów sprawia, że człowiek czuje się ofiarą losu. Na szczęście jestem wyrozumiała i w 100% doceniam te wszystkie dobre duszyczki, które z taką chęcią chcą dać studentowi papierek, który ten z dumą wręczy pani z dziekanatu. 

Takie czasy, że świat zaczyna zapominać o osobach, które jednak chcą zarabiać, są w pełni władz psychicznych i fizycznych, i lubią jak się im płaci za ich pracę/czas.

Rozumiem, że każdy chce jakoś zacząć i najlepiej od praktyki, ale co to za praktyka jak człowiek albo robi ksero, parzy kawę lub obserwuje efektywność innych (ty nie rób, bo zepsujesz).

Jak się uczyć? Nijak. Papierek wystarczy. Praktyka była i będzie ładnie wyglądała w CV a jak dobrze pójdzie, i jak kawa będzie smakowała to i referencje się znajdą.

Co dalej? Nic! Null. Pustka. Zero.

Chociaż z drugiej strony picie kawy rozjaśnia szare komórki i rozbudza kreatywność.

Nurtuje mnie jednak pytanie, w jaki sposób student dzienny czy zaoczny ma być 100% dyspozycyjny, mieć x lat doświadczenia, władać biegle kilkoma językami, mieć wszystko w małym palcu i jeszcze biegać na uczelnię?

Kto wie?

Może to ja stanowię problem, ponieważ uważam, że 160 godzin w miesiącu jest warte więcej niż 1000 zł brutto. 

 

Takie rozczarowanie.

 

 

Link do oryginalnego zdjęcia – http://www.flickr.com/photos/osucommons/3332955265/

Dodaj komentarz