Prawo jazdy – znowu

Po raz trzeci podchodzę do robienia prawa jazdy. Za każdym razem dzieję się coś… Coś innego.

Pierwszy raz był jeszcze jak mieszkałam w Bielsku. Trochę pracowałam ale generalnie pieniądze miałam ze swoich 18 urodzin. Nie pamiętam dokładnie jaki miałam wtedy budżet ale chyba na zakup samochodu w stylu „Jak się zepsuje, to wezmę kluczyki na pamiątkę, a samochód zepchnę do rowu” i na sam kurs chyba było albo niewiele mi brakowało. Było to ponad 10 lat temu. Zwyczajnie nie pamiętam. Poza tym były to czasy, że prawo jazdy kosztowało ok. 800 zł, a przynajmniej w szkole obok mojego liceum.

Wyjeździłam wszystkie godziny. Zdałam wewnętrzny. Nie podeszłam do egzaminów w WORD. Dlaczego? Trochę zwlekałam, po tej chwili euforii i wiadomości, że jednak umiem dobrze jeździć i znam przepisy – zdałam bezbłędnie. Wyjechałam do pracy w górach. Najpierw trzy miesiące mieszkałam w schronisku górskim na Skrzycznym, a trzy kolejne na Klimczoku.

Wróciłam do domu w czwartek, a w piątek pakowałam się już z rodzicami na wieś, bo jechali do rodziny na urlop. Pomalowałam babci płot, wbiłam sobie gwoździa w rękę i to tak że pojawiło się zakażenie (mam bliznę) i wróciłam do domu do Bielska autobusem (PKS), a moi rodzice zostali dłużej. Złożyłam papiery na studia we wtorek. Pod koniec tygodnia wiedziałam już, że się dostałam.

Pojechałam do Krakowa

Tyle się działo, że zapomniałam o rozpoczętym kursie, a potem jak już do mnie dotarło, że czas mija na moją niekorzyść uznałam (chyba z lenistwa), że prawo jazdy nie jest mi jakoś bardzo do szczęścia potrzebne. Zwłaszcza tu, gdzie jest tak dobrze rozwinięta komunikacja miejska, że właściwie to kupując kartę KKM człowiek może się poruszać po całym mieście bez problemów. Zarówno w dzień jak i w nocy. Kraków, to nie małe miasto jak Bielsko, gdzie wszystko się wcześniej zamyka, jest mniej ludzi, mniej życia, mniej autobusów.

Zanim zamieszkaliśmy obok lotniska, to przez 20 lat mieszkaliśmy na Sarnim Stoku. Tam dotrzeć autobusem, graniczyło z cudem, a jak już człowiek wysiadał na osiedlu, bo udało się jednak dojechać, to szedł z tym szumem w uszach i nadal trzęsącymi pośladami. Niestety. Magiczne 22 (na osiedle) i 57 (pod osiedle) jeździły rzadko, a jak już jeździły, to były to stare rzęchy, które chyba już same nie pamiętają swoich młodzieńczych czasów.

Wiem że nie ma co porównywać, bo to zupełnie dwa inne miasta leżące 100 km od siebie.

W Krakowie płacenie za strefę, ubezpieczenie, parkingi, naprawy, przeglądy, itd. w ciągu roku powoduje powstawanie całkiem niezłej kwoty, którą wolałam przeznaczyć na szczytniejsze cele niż wygoda własnego dupska. Potem mijały lata aż w końcu jakiś rok temu doszłam do wniosku, że najwyższy czas zostać człowiekiem mobilnym i samodzielnym pod tym względem.

Ojciec Sukcesu mnie w tym wspiera mocno, a właściwie trochę popycha w tę stronę. Wybrałam sobie dwie szkoły obok mnie, wiesz żeby mieć blisko, bo zaczynałam późną jesienią i stwierdziłam, że jak będzie blisko, to będzie mi się bardziej chciało. Niestety, tzn. chcieć się chciało, na mojej drodze stanęły problemy trochę innej natury.

Zła szkoła

Mam wrażenie, że wybrałam złą szkołę. Zapłaciłam ratę (na szczęście) i poszłam tam tylko kilka razy. Szkoła mieści się starej wysokiej kamienicy jakby trochę w podworcu. Jest tam strasznie zimno i wilgotno. Miejsce woła o pomstę do nieba, ciepło i generalny remont. Ciągnęło od okien jakby były delikatnie uchylone. Sama prowadząca zawsze ubrana w kilka swetrów i grube kamizelki. Po tych kilku razach uznałam, że nie jest to szkoła nauki jazdy, a miejsce gdzie mogę sobie przyjść i z zupełnie obcymi osobami, trochę pospać, pomilczeć, poziewać, pomarznąć i wyjść. Poza „dzień dobry” i „do widzenia” prowadząca wchodziła do nas i pytała czy już się skończył film i czy już może zmienić płytkę. Stare niemieckie filmy o nauce jazdy chyba zgrane z kaset VHS kiedy te przechodziły swój najlepszy okres.

Nie jestem nauczycielem. Nawet nie mam zamiaru nim być. Nie chcę nikogo pouczać ale z kursu najzwyczajniej w świecie zrezygnowałam, bo i tak niczego się nie nauczę (zasypiałam z zimna i nudy, aż trochę wstyd się do tego przyznawać), a te pieniądze mogę przeznaczyć na czynsz. Przynajmniej będę spała we własnym ciepłym i wygodym łóżku. Poza tym płacić tylko za oglądanie filmów? Absurd! Kino jest tańsze i wygodniejsze. Mogłabym te pieniądze równie dobrze wyrzucić do kosza, bo efekt końcowy byłby taki sam.

Trzeci raz dopiero nastąpi i to właściwie niebawem. Po co mi to tym razem? Żeby mieć w końcu z głowy i żebyśmy mogli w pełnym komforcie całą naszą małą rodziną odwiedzić moich rodziców i siostrę w Bielsku.

Trzymaj za mnie mocno kciuki.

Adres nowej szkoły mam z polecenia.

Tym razem nie będzie aż tak super bardzo blisko.

Trudno.

P.S.

Mieszkam w centrum, więc nie kupuję kart KKM. Wspomniałam o nich, chociaż po zakończeniu tekstu uznałam, że podałam koszt, którego nie mam. Przepraszam. 🙁

Dodaj komentarz