Jaki jest sens istnienia?

Co dzień chodzę do pracy na nogach. Nie wynika to z kwestii oszczędności chęci bycia modnym i eko- fit (za bardzo lubię mięso), a z tego że mieszkam w centrum, a żeby dojść do pracy, to muszę tylko przejść na drugą stronę rynku.

Generalnie szczytem burżuazji i tandety byłoby gdybym mimo to szła na tramwaj, bo przejechałabym tylko jeden przystanek, a przecież do i od przystanku też trzeba iść. Tak czy siak idę sobie spokojnym krokiem, czasami nawet zalatującym żółwim i takim z podtekstem „niech się coś stanie żebym nie musiała tam iść”. Nie wynika to z tego, że mam złą pracę. Jest ciekawa i wyjątkowa, a tak trochę narzekając i licząc na tą gwiazdkę z nieba mam na myśli zmęczenie.

Doszłam do etapu w którym zapominam czy użyłam antyprespirant, więc fukam jeszcze raz. Poszłam po papierosy do pokoju i stojąc patrząc na nie zastanawiam się po co tam poszłam. Idę do lodówki zamiast do łazienki z myślą, że muszę umyć zęby. Przemęczenie bierze górę. Brak urlopu czy choćby jednego zupełnie wolnego weekendu na odpoczynek w ciszy i spokoju bez telefonu i komputera by mi się szczerze przydał.

Nie, nie użalam się nad sobą, to był tylko długi wstęp.

Idę dziś jak każdego dnia do pracy dźwigając jak wielbłąd czy osioł swoją ciężką torbę, a że pada to parasolka poszła w ruch. Mam tylko jedną czarną w białe groszki z taką subtelną białą koronką. Wcześniej miałam jeszcze czarną z gamy tych parasolek do torebki, której jednej z głównych założeń jest zajmowanie miejsca, które można wykorzystać np. na kanapkę. Tylko zdenerwowała mnie po drodze. Wyginała się jak szalona, co chwilę na drugą stronę, a znowu jakoś tak strasznie nie wiało. Lekka bryza, a moja parasolka zamieniała się w kielich. Wyrzuciłam ją po drodze i spokojnie szłam z myślą „przecież nie jestem z cukru”. Przemokłam. Trudno.

Wracając.

Szłam przez ten rynek i ku mojemu zaskoczeniu wiele osób zwracało na mnie uwagę. Moja parasolka widocznie robiła furorę, bo kto normalny chodzi z parasolką w groszki i w dodatku z koroną. Ja to mam szczerze głęboko na wylocie jelita. Nigdy nie lubiłam mieć na sobie setki oczu, bo to powoduje jakąś krępację z której już przez te kilka lat się leczę domowymi sposobami. Nie przepadałam też nigdy za zwracaniem na siebie zbytniej uwagi, bo i po co? Do sedna.

W ubiegły weekend przyjechali do nas znajomi z Warszawy. Zabrali ze sobą dziewuszkę, która na pierwszy rzut oka nie sprawia dobrego wrażenia ale przecież nie można oceniać ksiazki po okładce czy kobiety po ilości szpachli na twarzy. I tutaj od razu wyjaśnię. Jeśli kobieta ma makijaż i to taki, który wygląda jak maska, to mam ochotę zapytać czy ma specjalną półkę na którą ją zdejmuje każdego dnia, by oszczędzić czas rano na kładzenie tych wszystkich warstw na nowo. Czasami to jest tak sztuczne, że zastanawia mnie też czy jak się przestraszy, rozgniewa, itd. to czy widać to po mimice twarzy albo czy to jej pęknie. Poważnie. Też jestem kobietą, też się maluję. Jednak dla mnie kobieta nie powinna zakrywać tego co ma piękne za takimi warstwami cudów, które generalnie niszczą cerę. Teraz może i wygląda ładnie, a za kilka lat będzie waliła więcej, później jeszcze więcej, bo skóra się niszczy jak nie oddycha. Mam dziś gorszy dzień i mocno odpływam od celu.

Przychodzi do nas dziewczynka, której nie znamy. Generalnie się nie przedstawiła, więc przez jakiś czas nie wiedzieliśmy jak ma na imię chyba lubi takie zachowania, więc roboczo nazwę ją Panna Niespodzianka. Tutaj musi być kolejne wtrącenie… Jeśli idziesz gdzieś do kogoś i niechcący rozlejesz napój, to co robisz? (Oczywiście nie mówię tu o wylewaniu czerwonego wina na męską koszulę czy kusą minióweczkę) Jest kilka rozwiązań:

  1. Jeszcze rozmazujesz i cieszysz się jak dziecko, które widzi kałużę
  2. Prosisz o papier
  3. Apelujesz by ktoś to ogarnął, bo jesteś osobą kulturalną i w syfie siedzieć nie będziesz
  4. Udajesz że nie widzisz

Która opcja do Ciebie pasuje? Ja zwykle trochę panikuję i przepraszam, bo to jednak trochę żenada, że człowiek nie patrzy i czasami nie panuje nad swoimi łapami i robi różne dziwne rzeczy. Garnę się też do tego by po sobie posprzątać. Mama mi zawsze powtarzała „Angelika posprzątaj po sobie zabawki” i tak mi zostało.

Panna Niespodzianka rozlała i zapytała „czy ktoś to widział?” Niestety każdy widział. Poszłam i podałam jej papier, a dziewczynka wytarła swoją szklankę, napełniła ją na nowo i odwróciła się do swojego chlewu bokiem. Zasada miej wszystko w dupie wdrożona i praktykowana na najwyższym poziomie, szkoda że to parkiet, a mieszkanie nie jest nasze tylko wynajmowane. Ja dbam o swoje i nieswoje rzeczy mimo że wiem doskonale o tym, że od szklanki wódki podłoga się nie zniszczy. Posprzątałam za nią jak po mojej 4 letniej chrześnicy, której rozleje się farbka, różnica polega na tym, że ona pomaga i przeprasza, a Panna Niespodzianka miała to głębiej niż ktokolwiek, cokolwiek, kiedykolwiek miał.

Jemy obiad, Panna Niespodzianka mówi, że idziemy, bo ona chce lody i kropka. Po przedłużaniu idziemy na te rzekomo cudowne lody, a ona już prawie pod drzwiami twierdzi, że jednak jest za zimno i ich nie chce. Po jaką cholerę szliśmy te 30 minut? Idziemy do klubu, tu jej się nie podoba, i wszyscy musimy wyjść. Zobaczyła pająka i krzyczy „Marian zabij go” ja tak patrzę i nie to żebym była jakimś weteranem, znawcą czy pogromcą pająków i wiedziała o nich wszystko. Powiedziałam jej tylko „kiełbasy mu lepiej daj”. No i cóż. Marian pająka nie zabił, była awantura, bo jak ona ma teraz spać z pająkiem? No jak to jak? Normalnie tak samo jak do tej pory bez pająka.

Nie lubię wyniosłych ciągle narzekających ludzi, a jeszcze jak mają w sobie wiecznego i wszędobylskiego focha, to już jest masakra i kłopot taki, że nóż się człowiekowi w kieszeni otwiera, bo taką energię na te wszystkie negatywne reakcje, mniejsze i większe fochy, tupanie nogami można przecież wykorzystać w inny sposób. Możliwości jest wiele trzeba tylko otworzyć oczy i zacząć żyć. Nie jak księżniczka na ziarnku grochu, której się wydaje że jest najpiękniejsza, najmądrzejsza, najfajniejsza, a jak dziewczyna, która zna swoją wartość i nie musi krzyczeć najgłośniej i robić z innych swoich ludzi na posyłki.

I na koniec wisienka na torcie.

  • Czy ty tak serio chcesz iść w tych szpilkach na imprezę?
  • No tak
  • Jesteś tego pewna?
  • Tak
  • No dobra, to idziemy.
  • Jakie idziemy? Jedziemy taksówką!
  • Do rynku mamy 650 metrów, więc idziemy.

Tutaj powinno być mnóstwo fukania i narzekania ale szkoda czasu na przytaczanie tego. Generalnie jakoś doszła na tych swoich odradzanych 14 centymetrach, a szła jak kot po gorących fajerach.

Ja zawsze uważałam że spotkanie czy wyjście ze znajomymi, których się dawno nie widziało, to czysta przyjemność. Jak wychodzę się bawić, to staram się ubrać wygodnie i luźno. Wychodzę z założenia, że człowiek musi się czuć komfortowo, bo jeśli tego nie będzie, to cały wieczór idzie w otchłań zapomnienia. Po co się męczyć?

Myślisz że wyrwać chciała?

Chwasta?

Na 14 cm i czerwonej sukience mini poprawianej z dołu do góry? Bo jak nie klata na wierzchu, to znowu za dużo nogi widać. I tak w koło Macieju.

Apeluję skromnie do wszystkich młodych osób, tych w średnim wieku i starszych. Żyjcie i dajcie żyć innym, tak jak lubią, nie na pokaz, nie dla sztucznego aplauzu ale dla siebie, tak by niczego nie  żałować i cieszyć się tym, co się ma. Bez wielkomiejskiego podejścia, kołka w dupie czy makaronie na uszach. Bądźmy sobą o każdej porze dnia i nocy. Och i kulturę zabierajmy ze sobą wszędzie.

Enjoy!

 

P.S.

Tak masz rację z tego tekstu nie dowiesz się jaki jest sens istnienia. Ja Ci nie powiem. Nikt tego nie wie.

Dodaj komentarz