Historia geniuszu – Steve Jobs

Na swojej życiowej drodze spotkaliście setki osób. Z dodatkowym tysiącem zamieniliście choćby jedno zdanie. Dobrze, nawet bardzo dobrze, bo to oznacza, że odpowiednio używacie swojego otworu gębowego.

Mimo tych setek i dodatkowych tysięcy znamy ludzi z tzw. widzenia i słyszenia. Tych pierwszych widujemy codziennie o tej samej porze, kiedy wchodzą do kiosku po papierosy, a o tych drugich słuchamy od znajomych, w telewizji, radiu czy tramwaju. Zapamiętujemy te wszystkie słowa i choćbyśmy bardzo nie chcieli budujemy swoje zdanie o tych osobach i przypisujemy im jakieś cechy. Tworzymy coś praktycznie z niczego.

Steve Jobs – na pewno słyszeliście, to nazwisko. Dziś będzie o nim i jego geniuszu.

Od ponad dwóch lat używam iPhone i dosłownie nic nie jest w stanie mnie przekonać… Ba! Nikt nie jest w stanie mi przegadać żebym go wyrzuciła, oddała czy sprzedała i kupiła coś innego. Po tak długim użytkowaniu uważam, że jest to telefon bezawaryjny, jeszcze mnie nie zawiódł, poza tym, że się rozładował w nieodpowiednim momencie, ale to przecież z mojej winy, bo go zapomniałam naładować. Wcześniej bardzo często zmieniałam aparaty z różnych powodów głównie, dlatego że częściej się zawieszały, wyłączały, psuły niż reagowały na moje polecenia. Przez co były raczej kiepską ozdobą niż telefonem. W skrócie nie spełniały swojej funkcji.

Umiesz mówić, to mów dobrze.

Z oglądania konferencji, które prowadził Jobs wywnioskowałam, że on nigdy nie starał się nakłonić kogokolwiek do zakupu produktu, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że pewnie mu, to nawet nie przeszło przez myśl. On go nie sprzedawał, nie nagabywał, nie zachęcał. Jego misją było zarażanie. Informował nas widzów, co nowego- lepszego-weszło w życie. Sprawiało mu to radość, był stworzony do tej misji. Wzbudzał zachwyt i podziw.

Po dłuższym czasie jego postać zaczęła wzbudzać moją ciekawość, jako osoby i przedsiębiorcy, co w efekcie przełożyło się na przeczytaniu ksiazki Elliot Jay „Steve Jobs- Gdzie pada jabłko?”.

Steve został w niej przedstawiony, jako ideał, który nie można, ale trzeba naśladować. Wzór dla przedsiębiorców jak motywować i nagradzać swoich pracowników. Podpowiedź dla pracowników, czym powinna być dla nich firma. Dokładność i precyzja w każdym calu.

Po przeczytaniu tej ksiazki uważałam, że Jobs, to był niesłychanie spokojny człowiek, który posiadał jakieś nadprzyrodzone zdolności, że z każdej nawet tej dramatycznej sytuacji wychodził z tarczą. Nigdy nic nie przychodziło mu z trudem, panował nad wszystkim, miał pomysł na siebie i firmę, w którą włożył nie tylko swoje serce, ale i całego siebie, swój cały czas. Swój pedantyczny plan realizował krok po kroku.

Było pięknie, było kolorowo do momentu obejrzenia filmu.

Film

Początek jakże obiecujący. Prezentacja iPoda. I nagły przeskok do czasów „studenckich”, kiedy chodził bez butów i został przymuszony do pracy w nocy by nie przeszkadzać innym nieprzyjemnym zapachem. Później był już tylko rozwój.

W filmie widzimy Jobsa, jako nerwusa i manipulatora, dla którego nie liczyło się nic poza firmą, miałam uczucie, że zrobiłby wszystko by osiągnąć wyznaczony cel.

Zostaje niedosyt

Oglądasz film, wszystko ładnie, pięknie, widzisz kolejne oblicze człowieka, o którym coś wiedziałeś, o którym czytałeś i nagle niespodziewanie pojawiają się napisy końcowe. Myślisz sobie „eee no niemożliwe”, a jednak możliwe. Film sprawia wrażenie niedokończonego, urwanego. Czułam straszny zawód i gdybym oglądała, go na dużym wielkim ekranie wyszłabym z myślą, że były, to źle wydane pieniądze.

Jestem świadoma tego, że książka, to nie film i odwrotnie. Wiem też, że jedno nie może być wierną kopią drugiego. Brakowało mi szczegółów dotyczących marki.

Nie wiem, kto miał rację i wierniej oddał historię. Wiem jedno.

 

Lubię Kino pod Baranami.

 

 

Link do zdjęcia: http://www.flickr.com/photos/osucommons/7951542998/

Dodaj komentarz