Dzień dobry jestem z sanepidu

Zimne wtorkowe popołudnie, pada deszcz powoli zaczynają się schodzić ludzie, by uzupełnić swoje chlebaki. Nie wiem kiedy weszła Pani w średnim wieku, niezauważona usiadła przy stoliku obok lady, zaczepiła koleżankę i ze stoickim spokojem powiedziała:

„Dzień dobry jestem na interwencji z sanepidu, proszę o przygotowanie dowodów dostaw, zeszytu z temperaturami w lodówkach, czyszczenia igieł, sprzątania Sali i oczywiście pozwolenie na sprzedaż”.

Zamarłam.

Koleżanka, co chwilę podsuwała kobiecie kolejne dokumenty, ta siedziała i notowała ciągle prosząc o więcej.

W końcu wstała, ubrała jednorazową rękawiczkę i zaczęło się Bajlando. Na pierwszy rzut otworzyła lodówkę „… zimno w niej macie”. Zaskoczyła mnie to, w końcu bardzo dziwne, że w lodówce jest zimno. Podnosiła kolejno kosze z bułkami, pozaglądała do szafek i pod półki, pytała o ekspres i o to gdzie wyparzamy naczynia. Przecież ich nie wyparzamy, a powinnyśmy skoro są to naczynia wielokrotnego użytku. Dopytywała, dlaczego kosz stoi pod ekspresem. No, dlaczego?

Poszła na zaplecze. Mimo burdelu, jaki tam wtedy panował rzuciła krótkie „ W sumie czysto tu macie”.

Jest komplement! Mikro plusik dla nas.

-W zasadzie, w jakiej sprawie ta interwencja? Coś się stało? (My już dobrze wiemy, co się stało)

– Mieliśmy telefoniczne zgłoszenie o zatruciu torcikiem czekoladowym (Oto, co się stało)

– Racja, kilka dni temu był u nas pan z awanturą dotyczącą tortu. Pan kupił dwie sztuki, przyszedł z niewielkim kawałkiem drugiego i mówił, że śmierdzi i rodzina zatruta. Zatruta po godzinie. Jest pani pewna, że czekoladowy?

– Tak, mam notatkę z tej rozmowy, torcik był czekoladowy.

– To mamy problem, ponieważ torcik był kawowy, pan zostawił nam resztkę tego tortu mówiąc, że resztę wyśle Wam na badanie. Torcik pojechał na cukiernię nie mamy go już tutaj. Generalnie tort został sprawdzony przez wielu pracowników i przez szefową. Wszystko było z nim w porządku. Dostaliście próbkę do przebadania?

– Nie.

– Na jakiej zasadzie jest ta interwencja?

– Mieliśmy zgłoszenie to musieliśmy sprawdzić. Widzę, że wszystko jest w porządku.

Do teraz nie wiadomo czy to konkurencja, czy człowiek, który sobie sam szuka problemów. Kilka dni po tej interwencji jak się ukazało miłej kobiety pan od torcików, który sam nie wiedział, co jadł pojawił się u nas i ostentacyjnie wspominał, że kupi pieczywo pod warunkiem, że będzie świeże.

 Jaki z tego wniosek?

 

 

 

Link do zdjęcia: http://www.flickr.com/photos/alexandrajones/6173057332/

  • ~sd

    zamknąć chlew!

    • angelika

      Sanepid nie dał rady, to komu się uda?

  • ~jan

    A co że o co jak co ?

    • angelika

      Tak to, że tak.

  • A ja jednak jako szeregowa konsumentka torcików ośmielę się apelować do „przedsiębiorców z branży spożywczej”: Proszę, nie karmcie ludzi niczym, czego sami byście nie zjedli! Wy i Wasze dzieci. Czy to wygórowane żądania?:)

    • angelika

      Prawda jest taka, że pytanie w cukierni czy coś jest świeże i czy jest dobre mija się z celem. Każdy ma inny smak, a bardzo dużo ludzi się obraża na pytanie zwrotne „ zależy, co pan/i lubi”. Wiecie zadaniem sprzedawcy nie jest tylko sprzedać, ale i czytać w myślach.

      To prawda, że praktykowana jest sprzedaż produktów z dnia wcześniejszego, jednak w taki sam sposób wygląda sprzedaż w praktycznie wszystkich cukierniach. Prawdą jest też, że produkty z „wczoraj” są częściej sprawdzane czy są jeszcze zdatne do spożycia.

      Jeśli faktycznie chcecie zjeść coś smacznego i świeżego, to radzę mieć jedną sprawdzoną cukiernię. Tam kupować zarówno pieczywo i słodkości, inaczej smak i świeżość będzie loterią. Poza tym nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak wielu ludzi stara się coś wyłudzić od sprzedawcy.