Czy jesteś zabawką w świecie handlu?

Jesteśmy inteligentnymi marionetkami z krwi i kości, a gdzieś tam w niebycie bytu jest ktoś, kto pociąga za nasze sznurki. Raz mniej, a raz bardziej poradnie, w sumie OK.

Jeśli ktoś mi może coś polecić albo doradzić to, czemu nie, szkoda tylko, że reklamy i wszelkie inne apele do narodu skierowane są do każdego.

„Masz problem z plamą? Kup nasz nowy plamoznikacz.”

Do kogo jest skierowana taka oferta? No właśnie… i to właściwie jest jedyny problem w tym całym dyrygowaniu. Każdy może sobie iść, wejść, kupić wziąć i czy to ma dla mnie jakieś plusy poza tym, że nie mam plamy? Ściąganie do siebie konsumenta wszelkimi możliwymi sposobami stało się czymś normalnym. Każdy chce nas mieć u siebie wszelkimi możliwymi sposobami. Markety płacą kolporterom, którzy najnowszą gazetkę przyniosą nam pod sam nos, a puby, restauracje, kawiarnie najmują hostessy i promotorów, którzy z dumą dzierżą w dłoni plik zniżek i oferują, co tylko mogą.

U nich tylko dziś.. A gdzie indziej na porządku dziennym.

Każdy ma swoje ulubione miejsce. Wiecie takie, do którego idziecie z wielką przyjemnością, tracicie poczucie czasu, a na samą myśl o tym lokalu pojawia się Wam uśmiech na twarzy.

I to rozumiem!

Żeby mieć takie swoje ukochane i ulubione miejsce trzeba było wstąpić do kilku innych choćby na chwilę, szybka kawa, papieros etc. Powiem Wam tak, że jest w Krakowie kilka miejsc, w których byłam i do których już nigdy nie wrócę i to też nie jest tak, że jestem wielką paniusią i jeśli kelnerka nie przyniosła mi karty w 5 sekund to to oznacza m.in., że ma mnie głęboko w poważaniu, więc ja też ich będę mieć i nie pójdę tam więcej razy i kropka. Nie, to nie tak. Są miejsca, do których nigdy… wiem, nigdy nie mów nigdy, więc są miejsca, do których zakładam, że nie pójdę z własnej nieprzymuszonej woli. Dlaczego? Chęć, żeby powiedzieć nigdy więcej opiera się na tym, że coś było niesmaczne, niedobre, brudne, śmierdziało, lub jeszcze inne cuda, które w gastronomii nie powinny mieć miejsca. Owszem każdy ma swój smak i nie powinno się z tego powodu robić afery, ale są niestety miejsca, w których z nie wiadomo, jakiego powodu pracownicy nie potrafią zrobić kawy, herbaty czy czekolady na gorąco. Dziwi mnie ciągle to, że w niektórych kawiarniach, w których karcie zobaczymy pozycję „gorąca czekolada z bitą śmietaną”, to na takiej pozycji w menu się kończy. Ja akurat czekoladę wielbię i niestety niekiedy żałuję, tak jak ostatnio. Czekolada na wynos okazała się być budyniem z torebki i to źle rozmieszanym, chociaż bita śmietana pierwsza klasa.

Komu uda się zepsuć bitą śmietanę w spreju?

Są miejsca, do których chodzę, ale nie robią na mnie żadnego wrażenia. Wiecie taka smutna przeszywająca obojętność, która mimo wielkich starań dalej zostaje obojętnością. Co jest gorsze niechęć czy obojętność?

Chyba obojętność. Klient niechętny to klient zdecydowany, a klient obojętny to taki, który chętnie poszuka dziury w całym, może pomarudzi powie znajomym jak im się podobało, albo przyjdzie zje i wyjdzie nie mówiąc o tym nikomu. Jego żołądek i kubki smakowe, więc, po co miałby się wrażeniami dzielić z kimkolwiek i gdziekolwiek.

Jesteśmy zachęcani z każdej strony do tego, żeby gdzieś pójść i coś zrobić. Te fejsbuki, twittery, maile, ulotki, gazetki, promotorki i inne. Swoją ofertę wciskają nam jak tylko mogą. No i dobra, bo co w końcu mają innego do roboty jak walka o klienta.

Sklepy spożywcze nie mają się zbytnio, czego obawiać, bo jeśli można przestać chodzić do restauracji, to nie można zrezygnować z codziennych zakupów takich jak np., chleb, masło, mleko czy ser. W sumie to, kto codziennie kupuje kostkę masła?

Można już poczytać o tym jak to sklepy nami manipulują. Przed oczami mamy produkty, których sprzedaż jest najbardziej opłacalna, niżej produkty, które z łatwością mogą wziąć dzieci, często też produkty tańsze. Kolejność od wejścia również nie jest przypadkowa. Każdy mówi, że chodzi do sklepu z listą i według niej robi zakupy, a później, że tyle pieniędzy wydane, a w koszyku nic nie ma. To ja się pytam jak robisz tą listę, że idziesz po nic i jeszcze za to płacisz?

Wcześniej pracowałam z taką no powiedzmy sobie starszą panią, chociaż nie chcę nikogo urazić. Jej najmłodszy syn był w moim wieku, a najstarszy dobijał już do 40. I ta „starsza pani” chodziła do małego sklepiku tzw. osiedlowego, bo był najbliżej i tam robiła zakupy, a że niestety idąc do domu przechodziła koło swojego miejsca pracy to wchodziła z tymi siatami i mówiła „tyle pieniędzy wydane, a ja tu przecież nic nie mam”. Wiecie, co… Ja rozumiem wiele rzeczy i nie mam nic przeciwko temu, żeby ludzie sobie robili duże zakupy w tych swoich osiedlowych marketach, mimo, że wiedzą jednocześnie, że cena w nich jest wyższa od ceny, która będzie w większym sklepie. Na jednym produkcie kilka gorszy, na jednych zakupach może się uzbiera ze 2-3 złote, ale policzcie ile się nadpłaca w ciągu roku. Noooo….

Skoro już ktoś decyduje, że będzie robił tylko zakupy w takim markecie, mimo, że hipermarket ma nieopodal i ma się, czym do niego dostać, ma większą rodzinę (2+) to niech później do jasnej cholery nie opowiada, że drogo, źle i mały wybór. Do końca nie wiem czy to gadanie, żeby gadać czy użalanie nad sobą, chociaż jakby jej nie było stać, to by tak nie robiła, czyli to jednak głupia pusta gadka.

Wracając do tematu. Są te wielkie hipermarkety i lista w ręce. Idziecie w nierównej walce, bo tu zapachy z kuchni, to znów świeże pieczywo, to się coś jeszcze przypomniało i tak koszyk/wózek się zapełnia. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego te wózki są takie wielkie? Ha! Dzięki swojej wielkości dają złudzenie pustki, co podobno działa na ludzi. Chodzą i szukają czegoś, co już mają w domu, ale nie wyjdą już teraz, bo im głupio wyjść z tak dużego sklepu z prawie z pustymi rękami.

Ja jakoś nigdy nie miałam z tym problemu. Potrzebuję frytki, majonez i tampony? To idę po frytki, majonez i tampony, i nie obchodzi mnie, że kobieta obok mnie ma dwa wypchane wózki po brzegi, a ja mam tylko trzy rzeczy. Obie stoimy w tej samej kolejce i mamy takie same prawa. Mi akurat brakło trzech produktów, a ona robi wielkie zakupy na dłuższy czas. Nie ma się, co nad tym rozczulać.

Na koniec….

Jest sobie konsument i ten jego przeklęty prawie pełny wózek. Idzie z nim na podziemny parking, bo jak inaczej. Otwiera swój bagażnik, przekłada zakupy z wózka do bagażnika, który się zamyka i konsument wsiada i odjeżdża w siną dal zostawiając po sobie koszyk, gdzie stał. On sobie jedzie i ma głęboko w nosie, że ktoś inny przyjedzie stanie obok i go przesunie, albo nawet nie i sobie zarysuje samochód. Ja się pytam, po co są te specjalne boksy na wózki, skoro ludzie mają za ciężkie dupy, żeby do nich podejść. Po sklepie chodzić przez 4 godziny to ma, kto ale zrobić dodatkowych 10 kroków to już nie. W domu po sobie też zostawiacie po sobie chlew, bo ktoś przyjdzie i sprzątnie?

W różnych kawiarniach i restauracjach jest to samo. Przychodzi jaśnie hrabina, co to „wyżej sra niż dupę ma” zamawia z reguły miła, ale kiedy wychodzi i człowiek podchodzi do stolika i widzi ten burdel, to ma wrażenie, że kobieta ze swoim jaśnie współtowarzyszem to, na co dzień obcuje ze świniami.

To kwestia kultury, żeby nie jeść jak prosie, odnieść swój wózek na miejsce, nie popychać kogoś w kolejce, itd.

Co z tego, że są akcje sprzątania świata skoro człowiek nie potrafi po sobie posprzątać w normalnych sytuacjach życia codziennego.

 

 

Link do zdjęcia: http://www.flickr.com/photos/national_library_of_australia_commons/6173552441/