Czy kobieta powinna umieć gotować?

Miało być o gotowaniu, więc będzie. Może, to nie to czego normalnie byś się spodziewał i jest możliwe, że nawet nie tego ode mnie dziś oczekujesz, ale mówi się trudno. Jesteś tu, więc czytaj.

Zawsze mnie zastanawiało skąd się wzięło przekonanie, że kobieta powinna umieć gotować. Z tym gotowaniem przecież nie jest tak jak z nauką jedzenia, załatwianiem do kuwety, itd. Niektóre zwierzęta robią to automatycznie. Jakaś nadprzyrodzona wewnętrzna część podpowiada im, że w dużym pokoju koło balkonu stoi krzesło, a obok tego wielkiego wygodnego krzesła stoi kuweta i właśnie tam muszą iść zrobić swoje czarymary, a później magiczna karmiąca ręka sprawiedliwości je posprząta i znów będzie czysto, i pachnąco.

W podobny sposób jest z ludźmi, jesteśmy uczeni, że pieluszka nie będzie nam towarzyszyła przez całe życie, bo jest niewygodna, śmierdzi i odparza. Samotności w czasie załatwiania potrzeb fizjologicznych uczymy się przypadkiem. Wiadomo jest, że jeśli mama albo tata idzie za potrzebą, to zamyka za sobą drzwi i są w tym czasie sami. Podobnie mają dzieci, chowają się nawet za półprzezroczystą firanką, ale mają w głowie złudzenie samotni. Robią jak tatuś. Dobrze.

Jednak potrzeba uczenia nowych rzeczy często zanika. Na szczęście ludzie mają talenty, wyuczone rzeczy i tzw. szósty zmysł. Ja przykładowo nie umiem śpiewać, rysować czy malować. Za to świetnie koloruję, a rewelacyjnie tańczę po kilku procentach. Miękną mi kolana i kołek z tyłka gdzieś znika zapomniany. Odnajduję go zwykle rankami i (czasami) zastanawiam się gdzie był przez cały ten czas.

Utarło się, że kobiety gotują dobrze, a faceci są urodzonymi kucharzami i kierowcami, bo jak to jest możliwe, żeby kobieta była dobrym kierowcą skoro nigdy nie wie, która lewa jest faktycznie lewa i jak to się stało, że stanęła na zakazie i dostała mandat. Są to rzeczy nieoczywiste i trudne do pojęcia „normalnemu” użytkownikowi dróg publicznych. Na pewno wśród swoich znajomych masz człowieka, który jeździ samochodem na co dzień i robi to fatalnie. Dodam, że określenie „fatalnie” jest najłagodniejszym jakie przyszło mi do głowy. Wsiadasz do jego samochodu i masz duszę na ramieniu, dostrzegasz więcej niż kiedykolwiek i przypominasz sobie, że wierzysz w boga i obiecujesz mu codzienną modlitwę, datki na kościół, dożywotnie rekolekcje i roraty, niedzielne msze, itd. Wszystko to mija kiedy wysiadasz.

Kobieta podobno została stworzona do kuchni, bo jak to ktoś kiedyś powiedział, dlatego ma takie małe stópki, żeby stała bliżej zlewu. No i stoi, robi, zmywa, kroi, piecze, obiera, smaży, gotuje. Podstawia ci swoje dzieło pod nos i znowu masz duszę na ramieniu. Nie wiesz czy noc spędzisz z nią w łóżku czy w toalecie.

Jest ryzyko jest zabawa.

Rzekomo.

Mnie od dzieciaka ciągnęło do garów. Byłam ciekawa jak to się dzieje, że wrzucam twarde, a wyjmuję miękkie, interesowała mnie zmienność smaku, koloru, łączenie, przyprawianie, mieszanie, dodawanie, zmienianie proporcji. Lubiłam to od najmłodszych lat, ale co z tego? Nie zawsze jest czas, siła i chęci, dodatkowo jestem ograniczona brakiem piekarnika. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to że przez te wszystkie lata nie włączyłam sobie nawyku degustacji w trakcie „produkcji”, no iście nie potrafię tego zrobić. Zazwyczaj próbuję przed finiszem, a przyprawiam na oko. Jeśli już mam ochotę dowiedzieć się, czy coś jest dobre, to podsuwam komuś pod nos. Jeszcze nie udało mi się kogoś zatruć, nie trafić w gust, przypalić, czy nie dopiec. Robię to wszystko w sposób podświadomy. Wyobrażam sobie różne produkty i ich możliwości, w taki sposób przygotowałam kilka świetnych posiłków. Wiele rzeczy ma potencjał, który na pierwszy rzut oka ciężko dostrzec.

Myślę, że to jest właśnie mój talent. Moja mama świetnie szyje i potrafi zrobić cuda z kawałka materiału, które świetnie leżą. Siostra maluje, rysuje, wychowuje dziecko i wszystko robi idealnie, a mój w czepku urodzony tata jest złotą rączką i czegokolwiek się dotknie działa lepiej niż zakładał to producent.


Chyba gary są moim przeznaczeniem. Ostatnio się dowiedziałam, że jestem już starą panną, a że nie mam kota, to zajmę się łechtaniem cudzych podniebień.

Tyle wygrać.

Joł.

Dodaj komentarz